mooie nederlandse...

 

o wystawie – Piotr Grobliński

 

 

Gdy jako mały chłopiec dowiedziałem się, że na świecie istnieje kilka tysięcy języków,
powiązałem od razu ten fakt z przekonaniem o wieloznaczności wypowiadanych
na co dzień zdań. Bawiło mnie, że każde moje polskie słowo ma gdzieś daleko
zupełnie inne znaczenie. Echa podobnej, choć dorośle wykoncypowanej fascynacji
widzę w tytule wystawy Agnieszki Głowackiej.

 

mooie nederlandse...
czyli piękne, ale też moje holenderskie... wspomnienia, krajobrazy, nastroje.

 

Czy piękne dlatego, że moje, że mnie się przydarzyły, czy może spodobały mi się,
stały się moje, dlatego że były piękne?
Św. Tomasz potrafiłby wybrać: Nie dlatego coś jest piękne, że my to kochamy,
lecz dlatego kochamy, że coś jest piękne i dobre
.
Ale św. Tomasz żył w czasach większej pewności.

 

Absolwentkę Wydziału Grafiki łódzkiej ASP los rzucił do kraju żeglarzy i tulipanów.
 Na obcym brzegu łatwo się zakochać – w błękicie morza i o ton ciemniejszym błękicie
kanałów, w ratanowych krzesełkach małych kawiarenek, w muzeach i parkach,
 w drzewach i kwiatach.
A jednak dom jest gdzie indziej i tam trzeba powrócić, przywożąc pod powiekami
kilkanaście zapamiętanych obrazów. Spakowane w ten sposób, w czasie podróży
wymienią szczegóły, nałożą się na siebie płynnymi warstwami. Przeniesione na płótno,
będą zapisem nostalgii, ale też artystyczną refleksją, poznaniem – siebie, Holandii
czy może trudnego do uchwycenia (bo stale nam towarzyszącego) rytmu,
którym śmierć zakłóca taniec życia?
Jak tka się srebrem wiosnę?
Tworzącą osnowę linię Strzemiński – Fijałkowski – Bigoszewski splata się z organiczną,
secesyjną linią wątków osobistych. Tak przygotowane płótno batikowo farbuje się
tuszami nastrojów, umieszcza w ramach obejrzanych wystaw i wyszywa na nim pastelami
niewinne motywy. Blasku całości dodają akrylowe laserunki.
Skomplikowana technika pozwala rozplanować szczegóły rysunku w kilku warstwach,
a jednocześnie zmusza do oglądania obrazu z różnych stron, gdyż to światło jest
w tych opowieściach reżyserem rozkładającym akcenty. Któż jest jednak reżyserem światła?
Na holenderskich płótnach z XVII wieku często toczy się dialog pierwszego planu z tłem.
Na wadze złoto, a na ścianie Sąd Ostateczny, za prawie pustym stołem mapa całego świata.
Protestancka surowość i zbytek bogatych kupców tworzyły napięcie, które znajdowało wyraz
nie tylko w obrazach, ale też w wybuchach zbiorowego szaleństwa. Na przykład tulipanowej
gorączki, w czasie której ceny rzadkich sadzonek przekraczały ceny kamienic.
Dziś napięcie między rolą należącego do klasy średniej grafika projektowego
a powołaniem ascetycznego artysty jest mniejsze.
Może jednak wycinane z płócien Agnieszki i sprzedawane na sztuki czarne tulipany
mogłyby chociaż osiągnąć cenę skromnego apartamentu na przedmieściach?